NIE KASOWAĆ!!!

wtorek, 14 lutego 2017

Zapowiedź artykułu "Wschód kontra Zachód" - magazyn Auto Świat Classic



     Dwa dni temu na jednej ze stacji benzynowych, w stosie najróżniejszych pism wypatrzyłem mocno intrygujący tytuł artykułu - "Dwie strony żelaznej kurtyny - Wschód kontra Zachód".

     Opracowanie znajdziecie w najnowszym numerze magazynu Auto Świat Classic 1/2017, który wydany został 25 stycznia. Dystrybucja przewidziana jest na okres - styczeń/luty.

     Jak zwykle zachęcam do zakupu, ponieważ zdjęcie widoczne na okładce zestawiające Wartburga 313 z Borgwardem Isabella Cabrio to zaledwie przedsmak lektury, bowiem tekst zatytułowany "Zachód kontra Wschód", to porównanie aż 12 samochodów z lat '50 i '60 z obu stron żelaznej kurtyny. Brzmi wystarczająco dobrze?

     A to nie wszystko. W numerze tego dwumiesięcznika odnajdziecie również inne ciekawe artykuły. Jak choćby: klasyki marzeń z lat 70, interesujące opracowanie Zdzisława Podbielskiego, który opisał genezę powstania ZSD Nysa, a także wywiad przeprowadzony przez Romana Dębeckiego, który szczegółowo przepytał "na okoliczność" wieloletniego dyrektora FSO, Edwarda Pietrzaka.

     Zapraszamy do zakupu magazynu Auto Świat Classic, który na pewno znajdziecie w większości kiosków, saloników prasowych czy na regałach stacji benzynowych.







     Oczywiście dzięki oficjalnej zgodzie magazynu Auto Świat Classic, nie tylko postanowiliśmy zareklamować powyższy magazyn. Za kilkanaście miesięcy od daty premiery numeru, zaprezentujemy Wam ten artykuł na łamach WartburgRadikalz.com




Autor: Kruchy

wtorek, 24 stycznia 2017

Foto retrospekcje



     Kiedy widzę w internecie jakieś oldskulowe zdjęcie, bez znaczenia, czy czarno białe czy w wyblakniętym ORWO kolorze, zawsze szukam jednego - czyichś wspomnień.

      Moja kolekcja fotografii liczy już ponad 1000 pozycji. Dzisiaj jest to proste. Lubisz odpowiednie profile na Fejsie, a fotki niemal same wpadają Ci w oko. A wiecie jak zaczynałem?

      Kiedy w 2000 roku kupiłem Wartburga w polskim internecie praktycznie nie było niczego. Jeśli się nie mylę, nie istniała żadna witryna, co zapewne było bezpośrednią iskrą do stworzenia Klubu-Wartburga. Chcąc wypłynąć na szeroki przestwór oceanu, zacząłem sukcesywnie przeszukiwać internet zagraniczny. Wpisywałem więc frazę Wartburg w wyszukiwarkę Onet.pl i klikałem. Sądzicie, że to łatwe. Jasne... Miałem wtedy Pentium III i modem Zoltrix 36.600 kb/s oraz siostrę. Mówię o tym specjalnie, ponieważ czas jaki mogłem spędzić w wirtualnej rzeczywistości musiałem dzielić na dwie części. Dokładnie godzina, raz w tygodniu, zawsze w sobotę. Takie to były warunki i taka rzeczywistość. Mieliśmy z siostrą założony specjalny zeszyt, w którym notowaliśmy, kto był jak długo w sieci. Impulsy telefoniczne nie były tanie, a telefon w tym czasie był przecież zablokowany. Z resztą nie przelewało się nam, aby pozwolić sobie na więcej.

      I gdyby nie to, że czasami musiałem szukać jakiś informacji do szkoły, to zapewniam Was, siedział bym pełne 60 minut i ściągał zdjęcia. Były dwie lub trzy główne strony. Dwie pamiętam do dzisiaj. Die-Besten i WartburgPeter. Co pochłaniało mnie najmocniej? Oczywiście, że tuning. Zdjęcia aut i ich przemian, rozwiązań technicznych. Na drugim miejscu z racji zainteresowań historycznych - stare fotografie. Wtedy były to głównie reprinty pocztówek, a także zdjęcia rodzinne.

      Dzisiaj zmieniło się niemal wszystko. Internet jest szybki, stabilny i co najważniejsze, nie jest już reglamentowany. Stron jest bezliku, a twarde dyski potrafią zmieścić więcej niż bagażnik Wartburga.

      Niezmienne jest natomiast to, że ja nadal kolekcjonuję zdjęcia. Odpuściłem co prawda te wszystkie custom projekty, historie renowacji prowadzone w odcinkach, fotki lśniących oryginałów. To znajdę bez trudu online. Zbieram już tylko zdjęcia wraków, wypadków oraz foto retrospekcje.

      Czemu to robię? Zapewne dlatego, że jestem sentymentalistą. Tęsknię za tym co jest daleko i było dawno. Z drugiej strony jestem ciekawy świata. Fascynuję mnie historia, szukam w niej analogii dzisiejszych czasów. Szacunek wymaga poznania naszych korzeni.

     Na zdjęciach jest wszystko. Uwieczniono na nich każdy moment, element i najmniejszy szczegół naszego życia. Przecież tak naprawdę, dopiero na tych ujęciach widzimy jak Ci ludzie żyli. Patrzymy na ich stroje, fryzury, mimikę twarzy. Podziwiamy szerokie ulice, "nowoczesne" arterie, najlepsze rozwiązania drogowe, rozmach wszystkich gmachów budowanych na kredyt. Neony świecące logami upadłych firm, szyldy reklamujące nieistniejące już koncerny.

     A wreszcie oglądamy te uchwycone kadry próbując dostrzec szczegóły i detale dotyczące aut. Dodatki tuningowe, przypadkowo użyte części niezgodnie z rocznikiem, rzadkie modele i wersje samochodów. Samochodów, które nierzadko były tłem, drobnym akcentem lub zaczątkiem do zmian politycznych czy kulturalnych.

     Co ciekawe moje zdjęcia pochodzą z Węgier, Czechosłowacji, Rumuni, Bułgarii, Niemieckiej Republiki Demokratycznej, Polski Ludowej i wydawałoby się, iż zapewne różnią się często od siebie. A jednak gdyby nie patrzeć na sklepowe szyldy, znaki drogowe, transparenty czy tablice rejestracyjne, często nie zadawalibyśmy sobie sprawy z jakiego kraju pochodzą. To niesamowite jak świat i ludzie są podobni do siebie. Jak podobni jesteśmy i jak zbliżone samochody jeździły we wszystkich krajach socjalistycznych.

     

kliknij na zdjęcie aby przenieść się do galerii serwisu Flickr.com i fotografii w większej rozdzielczości


     Skąd pochodzą te wszystkie zdjęcia? W większości nie wiem. Szukam ich na Allegro, Ebay'u, stronach cyfrowych narodowych muzeów, rządowych archiwów, na witrynach i fanpage'ach wszelkiego rodzaju pasjonatów historii, blogach historyków i fotografików. Niektóre są skanami kupionych w antykwariatach pocztówek lub zdjęć. Zbiór ma prawie 17 lat i nie sposób abym pamiętał skąd je mam. Na pewno ten katalog liczący dziś zaledwie 120 zdjęć, będzie stale wzbogacany. A zdjęcia będę dla Was zamieszczane w kolejności od najnowszych do najstarszych, tak aby pierwsze były widoczne zawsze te "najświeższe".

     Zapytacie zapewne jaki sens ma zapisywanie na twardym dysku starych fotografii. Otóż mam wrażenie, że nikt wcześniej nie zrobił niczego takiego. Nie zgromadził w jednym miejscu wszystkich fotografii związanych z jedną marka samochodu. Chciałbym aby moja kolekcja była najpełniejszą analizą fotograficzną przeszłości związanej z Wartburgiem. Te fotki dzieli wiele - jakość, wiek, pochodzenie, wielkość, natomiast łączy je jedno - na fotografii zawsze znajdziecie choćby jednego Wartburga. 

     Zapraszam Was serdecznie w tą iście sentymentalną podróż. Dla niektórych będzie to fascynująca wyprawa w nieznane, a dla innych zwyczajna wędrówka wspomnień.



Autor: Kruchy

sobota, 24 grudnia 2016

Jedźcie bezpiecznie, bądźcie szczęśliwi, uszczęśliwiajcie innych...



     Nie ma nic cenniejszego niż rodzina, dlatego z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, pragniemy życzyć Wam szczęśliwej drogi do wszystkich domów, które postanowicie odwiedzić. Odpuście nogę z gazu jak również niepotrzebne nerwy, które tak często towarzyszom takim chwilom....

    ....czas spędzony w gronie najważniejszych Wam osób, to właściwie jedyne co mamy tak naprawdę, dlatego chłońcie dosłownie każdy ułamek sekundy spędzony z najbliższymi...

     ...miło jest być obdarowanym, ale jeszcze przyjemniej jest dawać i choćbyście nie mieli czego wręczyć, dajcie chociaż siebie, ale całych...

....rodzinnych, wesołych, spokojnych świąt życzą Wam Kruchy i Wujek z ekipy WartburgRadikalz...







sobota, 17 grudnia 2016

Zaliczamy progres, czyli WRshop rozpoczyna działalność.



     O stworzeniu marki promującej różnego rodzaju gadżety związane z Wartburgiem marzyłem od zawsze. Niestety nigdy nie udało się niczego przeforsować, ani wprowadzić w życie. To prawda, były to trochę inne czasy, ale nauczyły mnie jednego. Jeśli chcesz coś zrobić, musisz zrobić to od podstaw sam.

     Dlatego nie licząc na zbieranie zainteresowanych i przedpłat na produkty sygnowane logiem WartburgRadikalz postawiłem wszystko na jedną kartę i wyłożyłem naprawdę gruby pieniądz na realizację projektu stu unikalnych T-shirt'ów.

     A wszystko zaczęło się dość niewinnie. Zapytałem koleżankę, notabene posiadaczkę Wartburga, czy nie ma wśród znajomych jakiś grafików, ponieważ chciałbym kiedyś wypuścić jakieś gadżety z Wartburgiem. Tydzień później udałem się na moje pierwsze "spotkanie biznesowe" w sprawie omówienia współpracy z paczką grafików. Na efekty nie musiałem czekać zbyt długo. Z ich trójki najbardziej zaangażowała się w projekt Aldona. Dziewczyna tak pracowita, pozytywnie nastawiona do tego co robi, a przy tym niesamowicie komunikatywna, że czasami aż zawstydzała mnie jej chęć działania.

     Projekt powstał dość szybko, pomimo "mojego marudzenia". Właściwie sama grafika wymagała tylko kilku poprawek.  Współpraca układała się perfekcyjnie. Zawsze bałem się, że ktoś nie będzie umiał wychwycić tego, co tak naprawdę chciałbym stworzyć. To tak jakby rysować z zamkniętymi oczami, wiedząc co chcesz wykreować, a nie mając przy tym pojęcia co wyjdzie. Niemal jak wytłumaczenie ołówkowi jak ma kreślić linie, nie mogąc zrobić tego samemu.

     Równocześnie z pracami graficznymi postępowała budowa WRshop'u. A trzeba przyznać, że z racji braku odpowiedniej ilości "papierów wartościowych", nie mogłem nawet myśleć o zakupie gotowego sklepu internetowego. Dlatego do akcji jak zwykle wkroczył nieoceniony i od lat związany z WartburgRadikalz - Eljot. Postawił "prosty" formularz zamówień. Choć tylko dzięki jego sprytowi, samozaparciu i szukaniu rozwiązania mnóstwa problemów udało się to wszystko poskładać w całość. Sztuką było podpięcie sklepu pod system PayPal, stworzenie opcji automatycznego nadawania odpowiedniego numeru zamówieniom, wygenerowanie mejla, który po zrobionych zakupach, przychodziłby do obu stron.

     W technicznych zawiłościach nie mogłem pomóc zbyt wiele, ale miałem poważne zadanie. Od początku chciałem, aby sklep był przetłumaczony na trzy najważniejsze języki. Z angielskim nie miałem większych problemów, jednak dzięki niesamowitemu zrządzeniu losu, także z niemieckim. Na Fejsie poznałem przesympatyczną dziewczynę, właścicielkę Wartburga 311. Od słowa do słowa, okazało się, że wspaniale włada angielskim czego dowiodła poprawiając moje drobne błędy w tłumaczeniu, jak również stała się cierpliwym i nieocenionym źródłem tłumaczenia wszelkich zawiłości, ojczystego języka Marcina Lutra i Jana Sebastiana Bacha.

     Prowadząc działania na tylu frontach, w końcu przystąpiłem do ofensywy. Nie powiem aby wybranie producentów było łatwe, ale jak się okazało, nie to było największym problemem. Jak zwykle, w grę wchodziły duże pieniądze. Pieniądze, których nie miałem. Tutaj pragnę podziękować najbliższej mi osobie za ogromną dozę zaufania i wiary w moje możliwości, a także pewność w powodzenie projektu.

     I tak, po niemal  trzech miesiącach od rozpoczęcia prac miałem już nalepki i koszulki. Zaopatrzyłem się również w koperty oraz kilka narzędzi, które sprawiają, że oprawa zakupów stoi na najwyższym poziomie. Pozostało tylko kończyć sklep, robić testy, a także wykonać jakieś ciekawe zdjęcia.

     Zawsze chciałem popełnić prawdziwą sesję. Wiecie, fajne miejsce, model, dobre światło, profesjonalny fotograf, zawodowa obróbka. Jednak jak to zrobić, nie wydając przy tym miliona Pesos? Otóż należy dobrze żyć z ludźmi, a przy tym uruchomić kontakty i liczyć na łut szczęścia.

     Dzięki uprzejmości Mateusza z firmy Metal Hunters zajmującej się piaskowanie i malowaniem proszkowym, a także spółki córki Wheel-Wide.com przerabiającej felgi, udało się znaleźć całkiem ciekawą miejscówkę. A już niesamowitym fartem, co muszę przyznać, wpadłem na osobę Bartka z ekipy Holly Crew, którego dość łatwo udało mi się zwerbować do sesji fotograficznej w roli modela. Miałem wszystko - plener, człowieka, przygotowane auto. Jak zwykle zawiodła pogoda.

     Na wykonanie zdjęć czekaliśmy dobre 3 tygodnie, gdyż zwyczajnie nie chciałem ruszać Białasa w pluchę i wszechobecną sól na jezdniach. Jednak kiedy już wzięliśmy się do roboty, efekty moich zdjęć przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Sami sprawdźcie:










     Za obróbkę zdjęć odpowiada Bartek, bo prawdopodobnie sam nie nadałbym im takiego sznytu i profesjonalnego look'u. I to tylko dzięki niemu mogłem w końcu wystartować z projektem WRshop.

     Istotny jest również fakt i chciałbym abyście to wiedzieli, że dzięki niesamowitej pomysłowości Eljota, nasz nowy sklep, ma swoją subdomenę. Co najfajniejsze, że można wpisać ją w okno adresów zarówno jako: Shop.WartburgRadikalz.com jak również "tradycyjnie" przy pomocy "przedrostka www",  jako: www.Shop.WartburgRadikalz.com - wspaniale!

     Sam sklep jest stworzony w języku polskim, niemieckim i angielskim. Oferuję dokonywanie płatności w Złotówkach [ PLN ], Euro [ € ] oraz Funcie Brytyjskim [ £ ] - jako zwykły przelew krajowy/zagraniczny lub w oparciu o PayPalMyślę, że jest bardzo intuicyjny i na tyle prosty, aby połapać się we wszystkim bez problemów.

     Co tyczy się samych produktów sprawdźcie sami jakiej są jakości. Dodam tylko, że jako formułę tworzenia wzorów, przyjąłem produkcję krótkich, limitowanych serii. Dlatego warto abyście wiedzieli, że dostępnych koszulek jest już mniej niż początkowe 100 sztuk i nie zamierzam robić ich więcej w tym wydaniu.

     A plany na przyszłość? Jest ich cała masa, łącznie z kolejnymi grafikami - dlatego bądźcie czujni i wesprzyjcie mnie w tworzeniu marki WRwear swoimi zakupami.



Autor: Kruchy

wtorek, 6 grudnia 2016

Wartburgowy akcent w Mannequin Challenge



     Kilka dni temu puściłem w eter Facebook'a, to o to zdjęcie:




     Jeśli domyśliliście się o co chodzi, to gratulujemy. Jednak jeśli nadal nie kumacie o co be, to spieszę z wyjaśnieniem. 

     Pamiętacie zapewne Harlem Shake lub Ice Bucket Challenge. Akcje te miały zwrócić uwagę na problemy środowisk związanych ze Stwardnieniem Rozsianym oraz co najistotniejsze - osób cierpiących na tę wyniszczającą chorobę. Świat to nie bańka żarówki i nie pozostaje w próżni, bowiem internet zdobywa właśnie nowa tego typu zajawka.

   Zabawę zapoczątkowała w październiku jedna z uczennic szkoły z miasteczka Jacksonville. Na profilu jednego z portali społecznościowych udostępniła filmik, na którym paczka jej znajomych zastyga w bezruchu, przypominając manekiny. Można by rzecz, że gra w "1...2...3... Baba Jaga patrzy", to nic nowego na naszych podwórkach, ale jednak na naśladowców nie trzeba było długo czekać.

     Pomysł, pomimo iż nie firmuje żadnych górnolotnych przesłań i przekazów natychmiast przyjął się bez wyjątku wśród wszystkich Gwiazd i gwiazdeczek.

     I dobrze! Nie wszystko w życiu ma sens i musi być czemuś przyporządkowane. Dlatego tym bardziej warto odnotować, że nasz dobry znajomy wziął udział w nagraniu manekinowego wyzwania - zobaczcie sami:


Film dostępny w rozdzielczości 4K


     Za realizację odpowiada ekipa filmowa Grandpa's Studio Co prawda nie dostałem pozwolenia na prezentowanie materiału, ale uznałem, że jeśli jest dostępny również na Facebook'owym profilu Granpa's Studio to raczej nikt nie obrazi się za skromną reklamę.



Autor: Kruchy

środa, 30 listopada 2016

Białas na łamach kalendarza - może dzięki Wam, tak!



     Zwykle nie biorę udziału w żadnych konkursach, ale w chwili przygotowywania dla Was naprawdę mocnego pierdolnięcia, postanowiłem troszkę wypromować Facebook'owy fanpage WartburgRadikalz.com

     To prawda, ostatnio mam mniej czasu na prowadzenie bloga, ale zaufajcie mi. To nie efekt zimowej zamuły, tylko ciężkiej pracy jaką wykonuję z kilkoma wtajemniczonymi ludźmi. Już niedługo przekonacie się, że warto było czekać, będziecie dumni - słowo...

     Rzeczony battle rozgrywa się na łamach Facebook'owego profilu Nie Trąb Pojebie, Bo Jadę Na Glebie. Może to nic wielkiego, ale moja fotografia została wybrana bez żadnych działań z mojej strony do finałowego głosowania, z pośród ponad 600 set zdjęć. Uważam, że to coś znaczy.

     Czy dostanie się na łamy kalendarza - tego nie wiem. Może dzięki Wam, tak. Zapraszam do polubienia zdjęcia mojego Burka, które wykonałem na nieotwartym odcinku obwodnicy Łodzi na dzień przed jej oddaniem do użytku. Fotografia wydaje mi się na tyle nietuzinkowa, a postać Białasa tyleż inna od lejącej się zewsząd sztampy bliźniaczych projektów takich marek jak choćby VW, Honda, czy Audi, iż postanowiłem ją zaprezentować.


kliknij na zdjęcie i daj lajka


     Dziękuję wszystkim za wsparcie, ale to nie koniec. Zachęcam również do głosowania na dwa auta znajomych, którzy wspierają mnie w finalizacji największego Wartburgowego projektu jaki tworzy się na Waszych oczach w Polsce, a który zaprząta mą głowę od co najmniej kilku tygodni.



kliknij na zdjęcie i daj lajka

kliknij na zdjęcie i daj lajka


     Dziękuję i bądźcie czujni...



Autor: Kruchy

środa, 9 listopada 2016

"Nie sprzedam, zrobię" - szkoda, że nie będzie już czego



     Nie wkurwia Was fakt, iż hołubi się człowieka, który swoim postępowaniem robi więcej złego niż dobrego. Nazywając go "wielkim kolekcjonerem samochodów", dorabia się do tego legendę, tym samym przypinając mu łatkę wielkiej gwiazdy internetu. Do tego jeszcze nagradza pucharami, robi sesje zdjęciowe auta, które przecząc zachodniej doktrynie rozumu dawno winno być zezłomowane. A jednak człowiek, który nim jeździ, uczestniczy w większości imprez skupionych wokół klasyków, chlubiąc się tym, że posiada auto zdewastowane i zaniedbane do granic przyzwoitości. Rozumiecie to?

     Emanuel Kant, który za podstawę swoich rozmyślań, przyjął brak jakichkolwiek wstępnych założeń z wyjątkiem uznania zasad elementarnej logiki napisał kiedyś - "Miejcie odwagę posługiwać się rozumem." A wydawało by się, że jeśli tego rozumu nie posiada właściciel, to powinni mieć go inni ludzie, którzy sami hołdują klasykom, i którym zdarza się często widywać tego Wartburga widmo.

     Poznałem kiedyś Pana Bogdana. Był uczestnikiem trzydniowego zlotu Deluxe. Nie był to ani widok przyjemny, ani właściwy dla mężczyzny w jego wieku. Pan Różycki to człowiek zaniedbany, będący mocno na bakier z higieną osobistą - widać jaki właściciel, taki Wartburg. Dlatego tym bardziej nie mogę pojąć, iż wzbudza taki zachwyt wśród fanów starej motoryzacji. Czy naprawdę liczy się dla Was tylko fakt, że ten dziarski staruszek "ma pasję". Takie tłumaczenie do mnie nie trafia. Ponieważ jeśli ktoś ma pasję, stara się dokładać wszelkich starań, aby obiekt jego zainteresowań był wypielęgnowany, a przynajmniej sprawny technicznie.

     Czemu o tym piszę? Ponieważ przelała się "czara zażenowania". Powstała piosenka, dla której tłem stał się teledysk nakręcony z Panem Bogdanem w roli głównej. Roli, w której oczywiście jako "arcykolekcjoner" odnalazł się pierwszorzędnie, ukazując przy tym całą swoją "zmarnowaną kolekcję".

     Chyba nie wiedziałbym o powstaniu tego utworu, gdyby nie mejl od jednego z naszych fanów. Pan Piotr Trela, gitarzysta bandu Trawnik, jak sam pisze: powstałego w 1982 roku, w Warszawie, polskiego zespołu wykonującego muzykę Punk, Ska i Reggae.

     Początkowo nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Kwestia wartości muzycznej to zwyczajnie dylemat naszego gustu, jednak widząc jak gwiazdą wideo jest nie kto inny jak Pan Bogdan, po prostu oniemiałem.

     Z resztą zobaczcie sami. Słowa tego nie oddadzą:



Film dostępny w jakości Full HD



     Jak napisał mi członek zespołu Trawnik, Pan Piotr, utwór powstał przez przypadek, bowiem: pewnego dnia Krzysztof Bień, nasz wokalista i lider, przechadzał się po ulicach Warszawskiego Żoliborza gdzie zobaczył stojącego wysłużonego Wartburga. Za wycieraczką była umieszczona karteczka z napisem "SPRZEDAM". Ktoś dowcipny dopisał poniżej "NIE SĄDZĘ". Ta sytuacja spowodowała, że powstała piosenka o samochodach, które za chwile będą już pojawiać się tylko w naszych wspomnieniach, filmach archiwalnych i starych zdjęciach....

     I powiem szczerze, że piosenka jak piosenka. Może się Wam spodobać, a może wyłączycie ją w połowie. Zachęcam jednak do obejrzenia całego materiału, ponieważ dzięki niemu, zajrzycie w głąb zawiłego umysłu Pana Bogdana. Może wtedy zrozumiecie, że to co robi jest, mówiąc bardzo delikatnie - co najmniej niestosowne. Bowiem, czy normalnym jest trzymanie samochodów pod chmurką i czekanie na ich powolne zgnicie? Aut naprawdę ciekawych, którymi mogliby zająć się prawdziwi pasjonaci. A przecież kilka z nich, to naprawdę stare egzemplarze. Co prawda, nie wiadomo, czy któryś z nich jest jeszcze do uratowania, ponieważ dobrze wiecie czym kończy się przechowywanie aut bez dogodnego miejsca oraz właściwych warunków. A jednak właściciel jest cały szczęśliwy. Nieskrępowanie pokazuje hodowany latami syf, przy nadzwyczajnym poklasku "pasjonatów" 

     Czy tak postępuje "kolekcjoner"? Według mnie to typowy przykład Polaka Cebulaka. Innym nie dam, sam z tym nic nie zrobię, a przy okazji będę się jeszcze chwalił czego to ja nie mam.

     Szanuję fakt, że ten starszy człowiek jeździ na imprezy, próbuje nawiązać kontakty z innymi pasjonatami, wychodzi do ludzi, jest aktywny, ale sposób w jaki to robi wywołuje u mnie torsje. Jeśli nawet nie ma kasy, w co wątpię, bo uczestnictwo w tylu imprezach swoje kosztuje, to mógłby sprzedać za niezłą kasę część swojej "złotej kolekcji" i zająć się tak jak trzeba swoim Wartburgiem 353... Ale do tego potrzeba chęci. Trzeba czuć taką potrzebę.

     A co jeszcze przyprawia mnie o swoisty niesmak? Robienie sobie jaj z tego skądinąd poczciwego starszego człowieka. Założony bez jego wiedzy Profil na Fejsie, prześmiewcza reklama z jego autem w roli głównej. Tak się nie robi...

     I wiecie co, na sam koniec niejako podsumowując całe to świństwo jakie wyrządza się człowiekowi jak również samochodom - dla mnie ta piosenka nie jest nostalgiczna. To nie opowieść o smutku zakończona niespodziewanym happy-end'em. Oglądając to za każdym raze czuję zażenowanie i rozpacz. Może dlatego, że sam tak marzę o Wartburgu 311...

     Dziękuję Panu Piotrkowi za wrzucenie informacji dotyczącej powstania tego wideoklipu, ponieważ był zapłonem refleksji utwierdzających mnie w pewnych wyobrażeniach.



Autor: Kruchy

środa, 2 listopada 2016

Nowy wymiar pasji



     Jacka znanego bardziej jako Emitu, poznałem ponad 13 lat temu. Szmat czasu. Kontakt nawiązaliśmy, chyba jak większość ludzi w poprzedniej dekadzie dzięki internetowi. A konkretnie poprzez założony przeze mnie Klub Wartburga. To była dzika epoka, a ludzie inni niż teraz. Mimo tego, nasza przyjaźń przetrwała tyle lat. Oczywiście nie bez jakiś drobniejszych rys, ale nie jedno piwo spiliśmy i nie jedno auto porządnie obgadaliśmy.

     A pamiętam w jak ciekawym momencie i nietypowej sytuacji się poznaliśmy. W roku 2003 postanowiłem zrobić pierwszy w Polsce zlot marki Wartburg. Imprezę, którą podjąłem się zorganizować, nazwałem dumnie Pierwszym Ogólnopolskim Zlotem Wartburgów 'Wart-Biwak. Wszystko rozegrało się w mocno spartańskich warunkach w miejscowości Zgniłe Błota koło Łodzi, w dniach 22-25 sierpnia 2003 roku.

     Do końca nie wierzyłem, że impreza się uda, a ludzie dopiszą na niej tak licznie. Jak przez mgłę przypominam sobie dlaczego Jacek przyjechał na zlot Maluchem. Jednak już wtedy widać było, ze to pasjonat. Ściągnął ze sobą dwóch ziomków z Poznania - Szymona w wychuchanym, czerwonym Wartburgu 1.3 i Michała a.k.a Szeroki w zabójczym jak na tamte czasy Wartburgu 353 wystylizowanym w raczkującym wtedy niemieckim stylu tuningu. Nigdy tego nie ukrywałem, że auto Szerokiego a.k.a Majonez wzbudzało we mnie szacunek i przysparzało szybszego bicie serca. Tak... Wzorowałem się na nim od pierwszego wejrzenia.

     Nie będę się licytował kto jest większym pasjonatem, Ja czy Emitu. Zawsze starałem się promować kulturę Wartburgową, propagować posiadanie Wartburga, prowadzić Klub czy choćby dzisiejszy serwis WartburgRadikalz - Jacek wolał działać. Nie zliczę aut jakie zbudował lub zreanimował. Wyglądało to różnie, ale sam też jeździłem jakiś czas "wozem strażackim". W każdym razie trzeba uczciwie przyznać, że ma to auto we krwi. Od lat nie opuszcza żadnego zlotu Wartburga w Eisenach, czego sami mogliście doświadczyć w tym roku, gdy jego relacja przyciągnęła na naszego bloga tłumy.

     Po co mówię to wszystko? Ano dlatego, iż obaj mamy świra na punkcie tego auta, a Jacek ostatnio udowodnił to ponad wszelką wątpliwość.

     Zobaczcie sami:















     Synku - jeśli myślisz, że jesteś prawdziwym freak'iem na punkcie auta z AWE to zwyczajnie się mylisz!

    Zdjęcia z wykonywania projektu są własnością Emitu, dlatego proponuję ich nie kopiować bez jego zgody lub naszej wiedzy. Ja natomiast serdecznie dziękuję Jackowi za użyczenie fotografii, które były niemałą inspiracją do popełnienia tego wpisu, jednocześnie skłaniając mnie do delikatnych wspominek.



Autor: Kruchy

piątek, 21 października 2016

Finał sezonu Skierniewickich Klasyków; vol. 2 - Skierniewice 2016



     Przewieźliście kiedykolwiek Mamę własnym klasykiem? Ja miałem okazję zrobić to całkiem niedawno i muszę przyznać, że jest do doświadczenie odciskające nie lada piętno na psyche. Może gdyby była to jakaś krótka, czillout'owa przejażdżka, to nie było by to aż tak ciekawe doświadczenie. Traf chciał, że wybierałem się na zakończenie sezonu motoryzacyjnego organizowanego przez Skierniewickie Klasyki, natomiast Mama w roli opiekunki mojej ukochanej siostrzenicy miała pojechać właśnie w okolice tego urokliwego miasta. 

     Tak więc w trasę wybraliśmy się już w sobotę przed południem, w jak się okazało później, drogę obficie obsypywaną różnymi konfiguracjami słów: zwolnij, trzymaj odległości, czy my musimy jechać tak szybko, uważaj rowerzysta, gdzie my się tak spieszymy, Jezus Maria!. Cóż... Jakby tego było mało, to "matka wcale nie siedziała z tyłu" i to chyba dostarczało najwięcej wrażeń. Do tego wszystkiego mój Burger przeżył jeszcze jeden chrzest. Na tylnej kanapie siedziała bowiem moja najważniejsza kobieta. I świetnie, bo łagodziła mój rodzący się niespiesznie acz miarowo syndrom lęku pourazowego 😉 Każde przytarcie wydechem, wejście na tak lubiane przez nas [ mnie i auto ], wysokie obroty, czy wyprzedzenie czegoś na końcówce trzeciego biegu, kończyło się płytszym oddechem mojej Matki. Po jakimś czasie chyba wszyscy się dotarliśmy, bo ja jechałem delikatniej, "mój pilot" starał się mówić mniej, a tylny pasażer zaczął w stresujących momentach puszczać do mnie porozumiewawczo oczko, w efekcie czego, cała trasa minęła całkiem sympatycznie.

     A zastanawialiście się kiedyś co różni jazdę klasykiem od przemierzania kilometrów autem cywilnym? Zapewne są to widoki. Właśnie wtedy, jak nigdy wcześniej dostrzegłem, że niechybnie idzie jesień. Liście zaczynają niezdarnie wdzierać się na jezdnie, a pola są już w większości przygotowane do zimy... Tak... I chyba coś w tym jest, że jadąc nowoczesnym autem robimy to niemal od niechcenia. Traktujemy to jedynie jako środek do osiągnięcia celu. Osiągnięcia go zazwyczaj w jak najkrótszym czasie. natomiast gdy mkniemy w trasie naszym ukochanym klasykiem, to świat wydaje się ciekawszy.  Przynajmniej ja, widzę wtedy więcej, czuję mocniej. A może to tylko kwestia wypatrywania dziur, kolein i cholernie twardego zawieszenia. Niemniej jednak z jazdy Burkiem czerpię dużo więcej satysfakcji.

     Po porannym ogarnięciu auta, przy temperaturze, co warte podkreślenia zmrażającej plemniki w mojej mosznie, ochoczo ruszyliśmy we dwoje na imprezę. Na miejsce dotarliśmy około południa i od razu poraziły nas dwie kwestie. Ilość aut oraz przepiękne miejsce, w otoczeniu którego odbywał się event. Samochodów było już wtedy grubo ponad 150, ponieważ doświadczyliśmy problemów z zaparkowaniem.

     A auta? Był tam przekrój wszystkich marek, krajów, styli modyfikacji, stopnia oryginalności, jakości przeprowadzonych renowacji, czy stanu zachowania. Tylko zdjęcia oddadzą wszystko to, co było mi dane zobaczyć. A warto nadmienić, że od jakiegoś czasu, będąc na imprezach tego typu, robię zdjęcia tylko tym pojazdom, które wzbudzają mój zachwyt i szacunek wywołując przy tym swego rodzaju ekscytację. Dlatego jeśli zobaczyłeś na moich fotografiach swoje auto lub motocykl, to wiedz, że tym samym oddaję Ci szacunek. Niemal starym zwyczajem uchylam rąbek kapelusza na znak głębokiego zachwytu jaki wzbudza we mnie Twój klasyk.

     W tym miejscu należy wyróżnić kilka pojazdów. Chyba jako pierwsza rzuciła mnie na kolana Skoda MB100 w oszałamiającym niebieskim kolorze. Była tak dobra, że niemal wszyscy z paczki, która zawiązała się już chwilę po przyjeździe zagłosowali na nią w plebiscycie na najlepsze auto zlotu.




     A chyba czymś co zaskoczyło mnie najmocniej był o dziwo Maluch. Fiat 126p. w stylizacji dotąd przeze mnie niespotykanej. Lekkiej, fantazyjnej, ciepłej niczym Sycylia, a przy tym świeżej jak bryza nadchodząca z rozgrzanego Morza Śródziemnego.





     Godnym zauważenia był również bardzo ciekawy Wartburg 353, zachowany w bardzo fajnym stanie. Przykuwał wzrok głównie dobrym, rzadko spotykanym kolorem i czarnymi tablicami z Łodzi. Prawdopodobnie miał ciekawą historię przywrócenia go na drogi po tym jak porzucono go na jednej z łódzkich ulic. Niestety dziewczyny, które woziły się nim po imprezie nie były zbyt rozmowne i niewiele potrafiły o nim powiedzieć.




     Nigdy wcześniej nie interesowałem się jednośladami. Wydawało mi się, iż nie są to moje klimaty. Jednak to co było mi dane zobaczyć zadało kłam tej mojej pseudo filozofii. Nie dość, że motocykl prezentował nienaganny, wręcz perfekcyjny styl odbudowy, po za drobnymi odstępstwami, to jeszcze miał mocno oldschool'owy klimat i chyba najfajniejsze logo i miejsce pochodzenia jakie mógłbym sobie wyobrazić. Zobaczcie to nieziemskie DKW, które na marginesie wygrało główną nagrodę zlotu w klasyfikacji motocykli.




     Po za autami należy wspomnieć o miejscu. Robiło robotę i mam cichą nadzieję, że w przyszłości klasyki zajmą całą przestrzeń dawnych koszar.A wygląda na to, że tak się stanie. Już w tym roku organizatorzy zanotowali nieco ponad 200 samochodów. I to jest wiadomość chyba najlepsza. Aron robi dobrą robotę. Na każdym kroku widać progres. Jest już profesjonalne nagłośnienie, jest grono pomocników oznakowanych odblaskowymi kamizelkami, jest darmowy poczęstunek, który w to "jesienne", niedzielne popołudnie bardzo poprawiał nastroje rzeszy uczestników i widzów. Pozytywnie nastrajał też widok osób przyjezdnych, które zamiast skoczyć do marketu, czy zasiąść za ekranem swojego LCD'ka, przyjechały zobaczyć cuda minionej motoryzacji, bawiąc się przy tym świetnie.

     My też ubawiliśmy się przednio. Dawno nie zaliczyłem tak sympatycznej, spokojnej imprezy. Event'u bez niepotrzebnej spiny. Spotu, na który jak zawsze jedziesz podenerwowany, zastanawiając się, czy wziąłeś dopiero co kupione New Balance'y, pasek od Twojego Nikon'a błyszczy dostatecznie, a czapka MANTO jest kozacko przekręcona o 5° w lewo - twoje lewo!

     Tutaj zaliczyłem totalny luz. Pogoda dopisała, a gdyby było nieco cieplej, a my mielibyśmy więcej czasu należało tylko rozpalić małego grilla, rozłożyć leżaki, zrobić Radler'a i bawić się z ludźmi zarażonymi tą samą pasją. A należy podkreślić, że Łódź oraz w większości znani mi ludzie dopisali całkiem licznie. To cieszy. Rodzi nadzieję, że kiedyś doczekamy się tak samo dobrej imprezy na naszym rewirze.

     Wszystko co dobre, kończy się szybko i tak po oficjalnym rozdaniu nagród... ej, a czy ja właściwie wspominałem, że zostałem wyróżniony statuetką za jedno z trzech najciekawiej przerobionych klasyków? Tak. Było mi bardzo miło złapać za mikrofon i podziękować za nagrodę, opowiadając przy okazji nieco o moim Białasie, tym samym promując Wartburgową scenę na polskiej ziemi. Dzięki!

    A co stało się potem? Wróciliśmy do domu z uśmiechami na twarzach. To była fajna wyprawa. Dzięki wszystkim za niesamowite wspomnienia. Zerknijcie na zbiór moich, nigdzie wcześniej niepublikowanych zdjęć.


kliknij na zdjęcie aby przenieść się do galerii serwisu Flickr.com i fotografii w większej rozdzielczości


     Pragnę podziękować wszystkim, za miło spędzony czas. Paulinie i Mamie za dobre towarzystwo, chłopakom z Łodzi za przyjazd, organizatorom za profesjonalne ogarnięcie imprezy, a także Mateuszowi z Justyną oraz Kramerowi z Michaliną, za miłe pogaduchy. Zapewne wypada podziękować również Urzędowi Miasta i Prezydentowi Skierniewic, który chyba, jak żaden inny włodarz, pojawił się na event'cie swoim żółtym Trabantem. Jestem również zobowiązany, za przybycie  Zbigniewowi, który jak zwykle dotrzymywał nam towarzystwa i zasypywał ciekawymi opowieściami. Do zobaczenia na kolejnej imprezie, firmowanej marką Skierniewickie Klasyki"



Autor: Kruchy

wtorek, 11 października 2016

Finał sezonu Skierniewickich Klasyków; vol. 1 - Skierniewice 2016



     Zdarzyło się Wam oglądać coś z wypiekami na twarzy? Było to tak fascynujące, że aż porażało Wasze wszystkie zakończenia nerwowe. Oczyma wyobraźni już tam byliście, a opuszki palców niemal czuły przedmioty, które mieliście w zasięgu wzroku.

     Miałem może 6 czy 7 lat. Był koniec lat '80. Zahipnotyzowany siedziałem przed telewizorem i pochłaniałem każde słowo, gest [ a nie było ich wiele ], obraz i dźwięk jakie towarzyszyły programowi "Sensacje XX wieku". Audycji Telewizji Polskiej, która od 1983 roku była swego rodzaju nowinką. Smakiem dotychczas nieznanym telewidzom bloku wschodniego, a przynajmniej Polski Ludowej. Pasmo antenowe przenoszące nas w miejsca tak odległe, a przy tym poruszające tematykę tak abstrakcyjną, jak czasy, których dotyczyło. Co w programach Bogusława Wołoszańskiego, mogło podobać się dzieciakowi takiemu jak ja, że nie mając zegarka wracał z podwórka zawsze na czas każdego tygodnia, aby wysłuchać tej chyba najbardziej znanej czołówki niosącej ze sobą złowieszcze dudnienie bębnów i ryk karabinów. A wierzcie mi, wtedy nie upajałem się muzyką. Nie wiedziałem nawet, że utwór zwiastujący kolejne odcinki serii "Sensacji" to dźwięki - "States Evidence" amerykańskiego jazzman'a,  Irving'a Joseph'a, który w 1960 roku jako mało znany amerykański aranżer i dyrygent, nagrał swój jedyny autorski album. Gdzie w dwunastu krótkich, treściwych utworach zamknął pasjonującą opowieść o kryminalnej stronie Nowego Jorku lat '30 i '40 ubiegłego wieku. Ten szemrany jazz w stylu "noir" został niezwykle pomysłowo zaaranżowany i wykonany przez czołówkę ówczesnych muzyków sesyjnych, takich jak: Miles Davis czy Gil Evans!

     Dziś, nic się nie zmieniło. Historia to moja pasja, bo historia to my. Wszystko czego nie dotkniemy się dziś i czym byśmy się nie interesowali wynika z przeszłości.

  Zakończenie motoryzacyjnego sezonu postanowiłem uczcić wraz z silnie działającą grupą Skierniewickie Klasyki, I kiedy tylko dowiedziałem się, że impreza odbyć się ma na dawnych wojskowych terenach, tym samym łącząc moje dwie pasje, pomyślałem - wspaniale!

     A trzeba przyznać, że przestrzenie, w których odbywał się event już po raz trzeci, to jedno z ładniejszych miejsc, w jakich byłem. Choć pierwszy stały garnizon wojsk rosyjskich w sile jednej kompani stacjonował w Skierniewicach od roku 1813 i miał służyć ochronie Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, to dopiero w latach 1885 – 1895 między ulicą Batorego, a rzeką wzniesiono duże budynki wojskowe, stajnię i budynki gospodarcze, według projektu architekta Aleksandra Woyde. Stanowiły one kompleks, w którym stacjonował, 38'my Aleksiejewski Pułk Piechoty zwany Tobolskim. W latach 1892 – 1898, po przeciwnej stronie drogi (obecnie ulica Kilińskiego) wybudowano drugi zespół koszarowy, w którym stacjonował 170'ty Ostrołęcki Rezerwowy Pułk Piechoty. Na placu pomiędzy koszarami pułków wzniesiono cerkiew wojskową na pamiątkę śmierci cara Aleksandra III, którą przebudowano w 1918 roku na kościół garnizonowy. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku koszary zajęło wojsko polskie. Rozlokowane jednostki weszły w skład utworzonej w 1939 roku 26. Dywizji Piechoty, której dowódcą był płk dypl. Adam Brzechwa – Ajdukiewicz. Żołnierze ze Skierniewic walczyli we wrześniu 1939 roku, jednak największe straty ponieśli w bitwie pod Bzurą. Po powołaniu armii zawodowej miejsce utraciło swój wojskowy charakter. Obecnie teren dawnych koszar wojskowych zajmuje Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa, która dzięki dotacjom unijnym zrewitalizowała kompleks.

     Może dziś nie posiada on już tylu sekretów co kiedyś, ale nadal jest miejscem imponującym. A wybranie go na teren imprezy motoryzacyjnej, było nie tyle strzałem w dziesiątkę, ale wcelowaniem w sam środek tarczy, w już wcześniej wbitego rzutka.

    Nietypowo dziś nie przedstawię relacji z imprezy. Postanowiłem zrobić to przy okazji pokazania własnych zdjęć. Dziś zaprezentuję fotografie wykonane przez innych uczestników wydarzenia.

     Zobaczcie sami, jak wygląda to wspaniałe miejsce i auta wywołujące u mniej odpornych czytelników, palpitację serca.



kliknij na zdjęcie aby przenieść się do galerii serwisu Flickr.com i fotografii w większej rozdzielczości



     W aktualizacji zaczerpnięto informację ze stron internetowych KultoweNagrania.pl, Skierniewice24.pl oraz Woloszanski.com.


     Kompilacja, naszym zdaniem najciekawszych zdjęć, a tym samym najlepszych samochodów pochodzi z Facebook'owych profili takich jak: Zbudniewek Fotografie, Tor Żerań FSO, Kamil Pawlak Photography, Asia Dyjaczenko, I love SKC.


     Materiały wykorzystane w aktualizacji, zostały znalezione w ogólnodostępnych galeriach wyżej wymienionych fanpage'ów Facebook'a. Ich wykorzystanie nie nosi znamion komercyjnych, a służy jedynie celom informacyjnym i promocyjnym powyższych serwisów.



Autor: Kruchy